Przejdź do głównej zawartości

Martin Lewis - wirtuoz akwaforty

 Prawie każdy nauczyciel historii rozpoczynając lekcje z nową klasą cytuje Cycerona: "Historia jest nauczycielką życia". I ma rację, bo powinniśmy czerpać naukę z minionych zdarzeń, choćby po to, by dwa razy nie popełniać tego samego błędu. Ale już mało który nauczyciel potrafi uzupełnić sentencję Cycerona stwierdzeniem, że historia jako nauczycielka życia, potrafi być też kapryśna. Bo o tym, kto znajdzie się na kartach historii, decydują czasem różnego rodzaju względy i interesy. Kto dziś na przykład pamięta, kim był Anotnio Meucci, Philippe Reis, czy John Logie Baird? Meucci  i Reis byli wynalazcami telefonu, mimo tego, że powszechnie za wynalazcę uważa się Aleksandra Bella. Podobnie było z wynalazkiem radia, w 1906 roku nagrodę Nobla za odkrycie fal radiowych dostał Guglielmo Marconi, tymczasem o prawo do tego wynalazku upominał się serbski geniusz nauki Nikola Tesla. Dziś nazwisko Tesli kojarzone jest raczej z luksusową marką samochodu produkowanego przez fabrykę Elona Muska. Kto dziś pamięta, że John Logie Baird był wynalazcą i pierwszym konstruktorem telewizora? Jeżeli miałbym poszukać podobnych przykładów zapomnienia i przemilczenia ważnych postaci w historii sztuki, to niewątpliwie wskazałbym na Martina Lewisa. 

Martin Lewis, Shadow Dance, 1930, Drypoint and sand ground, 1930, 235x275 mm, Whitney Museum of American Art, źródło: https://whitney.org/collection/works/10495

Mało kto dziś o nim pamięta, jeżeli pojawiają się o australijskim artyście jakiekolwiek wzmianki, to  najwyżej w kontekście biografii wielkiego Edwarda Hoppera, bo Lewis był jego nauczycielem i przyjacielem. Niestety kapryśna historia wybrała i zapisała w potocznej pamięci nazwisko Hoppera, ugruntowawszy je na stałe w świadomości i pamięci Ameryki, zaś Lewis, zupełnie niezrozumiałych powodów popadł w zapomnienie. Zanim w latach pięćdziesiątych hollywoodzkie kino wprowadziło termin „film noir” jako pojęcie określające mroczną estetykę dramatu kryminalnego, w którym akcja filmu rozgrywa się w wielkim mieście nocą, mało kto pamiętał, że sztukę o podobnej estetyce uprawiał już Martin Lewis, genialny grafik, który obrazował mroczną stronę miejską, pełną cieni i tajemniczych postaci. Tak, jakby potrafił przewidzieć nadchodzące fascynacje estetyczne w kinie. 

Martin Lewis, Corner Shadows, 1930, drypoint and sand ground etching, źródło:  Published by the Print Club of Cleveland, © The Metropolitan Museum of Art.

Kiedy przygotowywałem materiał na temat jednego z największych grafików początku XX wieku, okazało się, że poza małymi wzmiankami, jest to postać zupełnie zapomniana i nierozpoznawalna w Polsce. Choćby z tego powodu warto go przypomnieć. Bo o ile w latach 30 XX wieku cieszył się międzynarodową reputacją genialnego grafika, tak z kolejnymi dekadami jego sława gasła, do dziś dotrwała wzmiankowana wyłącznie w kontekście biografii docenianego Edwarda Hoppera.

Martin Lewis,  Relics (Speakeasy Corner), 1928, drypoint, Courtesy Bruce Museum, Greenwich, Connecticut Collection of Dr Dorrance, źródło: www.messynessychic.com, Image: Paul Mutino

   Patrząc na biografie Martina Lewisa mam wrażenie, że przypomina ona bohaterów z powieści Jacka Londona, awanturników, poszukiwaczy przygód, niespokojnych duchów, włóczęgów. Marin Lewis urodził się w 1881 roku na krańcu świata, w małej miejscowości Castlemaine, w stanie Wiktoria na Antypodach. Jak sam wspomina, spędził młodość w awanturniczym środowisku poszukiwaczy złota i marzył o tym, by wyrwać się ze środowiska ludzi opętanych wizją nagłego wzbogacenia się. Jego ojciec Evan Lewis mimo tego, że zarabiał w odlewni stali nieźle, musiał z pensji utrzymać dziesięcioosobową rodzinę, żonę i siedmioro dzieci. Nie dziwi zatem fakt, że w tak licznej rodzinie również dzieci musiały pracować. Martin od najmłodszych lat przejawiał zdolności do rysowania i spędzał sporo czasu szkicując.  Zwłaszcza jego starszy brat Pembroke, ale i pozostała część rodziny, nie uważali, że rysowanie to jakakolwiek praca. Uważali, że Martin jest leniwy i ciągle rysuje tylko dlatego, by nie pracować. 
Martin Lewis, Break in the Thunderstorm, 1930, drypoint, Smithsonian American Art Museum, Bequest of Frank McClure, www.messynessychic.com
Dlatego też, w wieku 15 lat, kiedy Martin kończy ósmą klasę opuszcza rodzinę i wyrusza w wielką podróż, najpierw podróżuje po interiorze, podejmując się dorywczych prac: jako opiekun bydła, pomocnik kowala, drwal, górnik, marynarz, czy w charakterze gońca. W poszukiwaniu zarobku dociera do Nowej Zelandii, tam po raz pierwszy spotyka się ze światem sztuki, który działa na niego, jak uderzenie młotkiem w głowę. Nie potrafi o niczym innym marzyć, jak tylko o tym, by zostać artystą malarzem. Wraca do Australii, gdzie w Sydney w latach 1898-1900 pobiera prywatne lekcje rysunku. Próbuje szkicować pejzaże, plażowiczów, robi portrety swoich kolegów. Udaje mu się nawet sprzedać dwie ilustracje lokalnej prasie. Pozostając w silnym przekonaniu, że sztuka jest dla niego jedyną życiową drogą patrzy zachłannym okiem w stronę Nowego Świata.
Martin Lewis, Quarter of Nine–Saturday’s children, 1929, etching, Smithsonian American Art Museum, Gift of Page Cross, www.messynessychic.com
 Oszczędziwszy pieniądze wyrusza w podróż do Stanów Zjednoczonych, wiedziony hasłem reklamowym, że jest to kraj największych szans i możliwości. Przybywając do Stanów Zjednoczonych w 1900 roku, 19-letni imigrant z Castlemaine ma wielkie ambicje. Dociera do San Francisco w dobrym momencie, sztab prezydencki Williama McKinleya rozpoczyna właśnie kampanię reklamową i poszukuje grafików. Martin Lewis zatrudnia się, maluje dekoracje i reklamy na potrzeby kampanii reelekcyjnej urzędującego prezydenta, lecz gdy ten zwycięża, kończy się też praca grafika, dlatego też Martin rusza do Chicago, a potem do wymarzonej metropolii, do Nowego Yorku. Miasto jest dla niego spełnieniem marzeń, jest jak zastrzyk energii, staje się jego muzą. Lewis bez problemu znajduje pracę w jednej z agencji reklamowych, zarabia na tyle, że może sobie pozwolić na podróż do Europy. W Anglii poznaje pianistką Estę Verez, para zakochuje się i wspólnie wraca do Nowego Jorku. 

Martin Lewis, Little Penthouse, 1931, drypoint, Courtesy Bruce Museum, Greenwich, Connecticut Collection of Dr Dorrance T Kelly, www.messynessychic.com,  Image: Paul Mutino

Ale Martin z Europy przywozi jeszcze jedną miłość, zakochuje się w technikach drukarskich, w zwłaszcza w akwaforcie. W Nowym Jorku próbuje stawiać pierwsze kroki w grawerunku, od razu czuje, że ta technika, mimo, że jest wyjątkowo wymagająca, jest wręcz stworzona wprost dla niego. Pracuje cierpliwie zdobywając tajniki tej dawnej sztuki. W krótkim czasie staje się mistrzem akwaforty płytowej, stosuje starannie zarysowane linie, by uzyskać niebywałe efekty światła i cienia, złudzenie ruchu, czy efekt wiatru i deszczu. Jego prace w technice suchej igły są wręcz perfekcyjne. Po krótkim czasie jest na tyle wprawnym grawerem, że udziela lekcji innym artystom plastykom. Wśród nich jest Edward Hopper, który sam przyznał po latach, że praktykę u Lewisa uznał za inspirację dla swojego późniejszego malarstwa olejnego, które ugruntowało jego indywidualny styl. 
Martin Lewis, Tree, Manhattan, 1930, drypoint, 32.4 x 24.8 cm, Smithsonian American Art Museum, Gift of Chicago Society of Etchers, źródło: https://americanart.si.edu/artwork/tree-manhattan-14682
Martin Lewis jest coraz popularniejszy w Nowym Jorku, zwłaszcza jego tajemnicze nokturny przedstawiające miejskie sceny z dzielnic przemysłowych, pełnych mgieł, świateł, wizerunków wieżowców i manufaktur robią ogromne wrażenie na publice. Jego akwaforty są sprzedawane za kolosalne kwoty, może też dlatego, że sam Lewis dba o to, by każda odbitka była limitowana i przez niego podpisana. Wydawałoby się, że droga do sławy została osiągnięta i nic więcej australijskiemu imigrantowi nie potrzeba. Wtedy to, jak to zwykle bywa, przychodzi cios, w 1920 roku opuszcza go ukochana Esta Verez. Martin ze złamanym sercem wyjeżdża do Japonii. Chce tam zgłębiać techniki drzeworytu. W Tokio rysuje jak szalony, ma na tyle oszczędności, że nie musi pracować zawodowo, może tylko uczyć się sztuki. Jednak oszczędności wystarcza mu na szesnaście miesięcy, potem musi wracać do Nowego Jorku. 
Martin Lewis, The Old Timer Battleship, 1916, Etching, 250x325 mm, źródło: https://catalogue.swanngalleries.com/Lots/auction-lot/MARTIN-LEWIS-The-Old-Timer-Battleship?saleno=2532&lotNo=159&refNo=761704
Po powrocie w 1924 roku ponownie zaczyna robić odbitki, czerpie pomysły ze swych rysunków z podróży po Japonii. Niewątpliwie jego pobyt w Japonii udoskonalił już i tak dobry warsztat pracy artysty, ale nadał tez pracom Lewisa głębszego ekspresjonizmu. Trudno się też dziwić, że kolejne lata przynoszą Lewisowi niebywały sukces, w 1929 roku ma swoją pierwszą wystawę indywidualną. Jego portrety scen nowojorskiego życia, przechodniów i kupców, ulicznych spacerowiczów, dzieci i robotników ukazanych w zacienionych zaułkach, czy zatłoczonych skrzyżowaniach są wyryte z wielką precyzją i charakterem, sprzedają się zatem na pniu. Na wystawie w Kennedy Galleries, na której zaprezentował swoje akwaforty sprzedaje niektóre z nich za astronomiczną kwotę, jak na tamte czasy, za 100 dolarów. 

Martin Lewis,  Which Way, 1932, aquatint printed in black ink on wove paper, 1932, (26 × 40 cm), The Elisha Whittelsey Collection, The Elisha Whittelsey Fund, 1967, źródło: https://www.mutualart.com

Większość odbitek sprzedawanych jest powyżej 30 dolarów za sztukę.  Jako zamożny i znany artysta nie może opędzić się od kobiet, z jedną z nich z Lucilą Deming bierze ślub w 1924 roku. Rok później przychodzi na świat jego jedyne dziecko Martin junior. Lewis przez dwa kolejne lata (1930 i 1931) otrzymuje prestiżową nagrodę Charlesa M. Lea, co jeszcze bardziej ugruntowuje jego pozycję wpływowego artysty amerykańskiego. I znów, kiedy wydawałoby się, że upragniona sława przynosi upragniony spokój twórczy, przychodzi wielki krach roku 1929. Społeczeństwo Stanów Zjednoczonych pogrążone w chaosie i strachu Wielkiego Kryzysu nie myśli o sztuce. Z powodu braku zainteresowania jego pracami Lewis przenosi się do Connecticut, gdzie dalej pracuje, tematami jego grafik są sceny wiejskie przedstawiające farmy, wiejskie drogi i idylliczne scenerie wiejskie. 
Martin Lewis, Ha'nted, 1932, drypoint and sandpaper ground on wove paper, 335x230 mm, źródło: https://catalogue.swanngalleries.com/Lots/auction-lot/MARTIN-LEWIS-Hanted?saleno=2522&lotNo=285&refNo=765520
Gdy opadł kurz po zawirowaniach związanych z Wielkim Kryzysem Lewis wraca do Nowego Jorku, gdzie wraz z kolegami Arminem Landeckiem i Georgem Millerem, zakłada Szkołę dla Drukarzy. Wiele się zmieniło, Lewis nie potrafi wrócić w koleiny poprzedniej sławy, źle zostają też przyjęte jego prace ze scenami z Connecticut, nigdy już nie udaje mu się odzyskać sukcesu z lat 20. Na dodatek doznaje upokorzenia ze strony swego przyjaciela Edwarda Hoppera, który jest u szczytu sławy. Hopper, kiedy w blasku fleszy przygotowuje się do indywidualnej wystawy w Pittsburghu, protestuje, że prace Lewisa miały jakikolwiek wpływ na jego twórczość, nie zgadza się też, że studiował „pod Lewisem”, jak sugerował esej biograficzny w katalogu na wystawie. 

Martin Lewis, Sun Bath, Lithograph, 1935,  257x340 mm; źródło: https://catalogue.swanngalleries.com/Lots/auction-lot/MARTIN-LEWIS-Sun-Bath?saleno=2485&lotNo=236&refNo=750516

Hopper przyznaje: „Lewis jest moim starym przyjacielem, kiedy ja zdecydowałem się na akwafortę, on miał już za sobą parę prób i tylko udzielił mi kilku wskazówek, dotyczących zresztą czysto mechanicznych procesów dotyczących trawienia płyt czy technik druku”. Rozgoryczony i upokorzony Martin Lewis w 1944 roku podejmuje pracę nauczyciela w Art Student League, jednak zły stan zdrowia zmusza go do przejścia na emeryturę w 1952 roku. Lewis umiera w zapomnieniu 22 lutego 1962 roku, w wieku 81 lat. 
Martin Lewis, Down to the Sea at Night, drypoint, 1929. 204x327 mm; źródło: https://catalogue.swanngalleries.com/Lots/auction-lot/MARTIN-LEWIS-Down-to-the-Sea-at-Night?saleno=2485&lotNo=237&refNo=750524
Pomimo tego, że artysta nazywany był luminarzem wśród amerykańskich akwaforcistów, pomimo tego, że londyńskie wydawnictwo Studio Ltd. publikując 33 tomową serię historii sztuki postawiło artystę obok takich postaci jak: Whistler, Goya, czy nawet Rembrandt, pomimo tego, że artysta był uważany za najbardziej psychologicznego interpretatora amerykańskiego życia, z każdą dekadą pamięć o nim pokrywa kurz zapomnienia. Tak jakby nie pamiętano już, że Lewis był jednym z pierwszych grafików, którzy wyprzedali wszystkie swoje prace podczas wystawy, a wiele z jego akwafort osiągało rekordy aukcyjne. 

Martin Lewis, Snow on the El, drypoint on warm, cream wove paper, 1931. 355x230 mm; źródło: https://catalogue.swanngalleries.com/Lots/auction-lot/MARTIN-LEWIS-Snow-on-the-El?saleno=2460&lotNo=313&refNo=739073
Co takiego się stało, że w niespełna dekadę Wielki Martin Lewis poszedł w zapomnienie? Powodów marginalizacji może być kilka. Najbardziej trywialny jest taki, że Amerykanie zdali sobie sprawę, że Australijczyk, potomek zesłańców, został wyrazicielem najskrytszych emocji Ameryki. Drugi powód jest bardziej trywialny, Wielki Kryzys odebrał popyt na jego rzemiosło, w tym czasie niepewności nie koncentrowano się na sztuce, a raczej na bieżących sprawach dnia codziennego. Gdy przyszło ponowne zainteresowanie Amerykanie nie chcieli patrzeć na biało-czarny świat rycin, szukali czegoś bardziej radosnego i optymistycznego. Lewis zaproponował co prawda idylliczne grafiki wiejskie, ale nie tego oczekiwano od artysty, chciano na nowo oglądać obrazy wielkomiejskie, długie cienie tańczące na chodnikach, niezwykłego studium kontrastu światła i cienia w sceneriach Nowego Yorku. Być może w kolorze. Niezależnie od przyczyny klęski, jego prace należą do najlepszych wśród dwudziestowiecznych amerykańskich akwaforcistów.

Martin Lewis, Two A. M, drypoint and sand ground, 1932. 227x377 mm; źródło: https://catalogue.swanngalleries.com/Lots/auction-lot/MARTIN-LEWIS-Two-A-M?saleno=2392&lotNo=228&refNo=708625

            Jedno jest też pewne, nikt w historii sztuki nie potrafił z taką subtelnością operować światłem i cieniem w grafice. Poprzez drobną sieć kropek, linii i plamek wydrapanych z ogromną starannością na płycie Martin Lewis stworzył niesamowitą iluzję trójwymiarowości, światła prześwitującego przez przezroczyste ubrania, potrafił oddać nastrojowy klimat wieżowców w stylu art deco, górujących nocą nad pobliskimi kamienicami.

Martin Lewis,Under the Street Lamp, 1928 Gift of Mr. Robert M. Katzman and Mrs. Lisa Katzman in honor of Sidney and Betty Katzman and their children, Ellen and Laura, from the collection assembled by Patricia Lewis, źródło: https://www.dia.org/art/collection/object/under-street-lamp-52434

            Niezmiernie się ucieszyłem śledząc amerykańskie aukcje sztuki, gdy dostrzegłem, że zainteresowanie Lewisem wśród kolekcjonerów rośnie w ciągu ostatnich lat. Jeszcze w 1990 roku jego prace często nie były sprzedawane na aukcjach, nawet nie chciano ich kupić za ceny wywoławcze, nie było na nie chętnych. Ale w ostatnich latach akwaforty Lewisa sprzedawane są na aukcjach w przedziale od 3 000 do 15 000 dolarów. Jedna z jego prac zatytułowana „Shadow Dance” z 1930 roku osiągnęła na aukcji Swan w Nowym Jorku we wrześniu 2010 roku kwotę 50 400, ustanawiając tym samym rekordową cenę.  Bardzo mnie to ucieszyło, bo po wielu latach milczenia wokół sztuki Lewisa, powraca należne mu miejsce w panteonie największych. Jego dbałości o szczegóły, doskonałość techniczna, zgodnie z którą wszystkie szczegóły muszą być uzyskane poprzez akwafortę bezpośrednio na płycie, a nie poprzez późniejsze manipulacje i podmalunki, zasługuje na największe uznanie. Mam nadzieję, że też i ta opowieść o Martinie Lewisie, wielkim zapomnianym wirtuozie akwaforty, przyczyni się do ponownego zainteresowania jego sztuką. Bo nikt jak on nie potrafił grać w sztuce między ciemnością a światłem, nikt nie potrafił przewidzieć estetycznej mody na filmy typu noir, nikt jak on, nie potrafił pokazać w sztuce tajemnic i piękna Nowego Yorku. Jego akwaforty uważam za jedne z najpiękniejszych, które kiedykolwiek widziałem. Tutaj Martin Lewis gra pełnym akordem.


Zapraszam do wysłuchania podcastu o twórczości Martina Lewisa:










Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Skrzynia pełna skarbów. Kaplica Sansevero w Neapolu

Dzisiejszy odcinek będzie wyjątkowy, bo poświęcony nie konkretnemu artyście a miejscu. Swego czasu, kiedy pracowałem we Włoszech, zdarzało mi się bywać w Neapolu kilka razy w miesiącu. Nigdy jednak nie miałem na tyle czasu, by odwiedzić perłę miasta pod Wezuwiuszem, czyli kaplicę Sansevero, o której niejednokrotnie czytałem.  Antonio Corradini, Skromność, (detal), 1752, Kaplica Sansevero w Neapolu, źródło: https://www.museosansevero.it Po kilkunastu latach, gdy wróciłem na kilka dni do Neapolu obiecałem sobie, że mogę nie zjeść pizzy, nie spacerować po słynnej Spaccanapoli, ale tajemniczą  i osobliwą kaplicę musze odwiedzić. Tak też się stało. Kaplica schowana w ciemnym zaułku pomiędzy obdrapanymi budynkami, suszącym się praniem absolutnie z zewnątrz nie zdradza tego, jaki kryje brylant.  Giuseppe Sanmartino, Cristo velato, 1753, Kaplica Sansevero w Neapolu, źródło: https://www.museosansevero.it Położona przy Via Francesco de Sanctis pod numerem 19-tym, na północny zachód od kościoła S

Wojna światów według Jakuba Różalskiego.

     Będąc kiedyś w Wiśle zobaczyłem ulotkę Muzeum Magicznego Realizmu. Jako, że Muzeum było niedaleko mojego zakwaterowania, postanowiłem zobaczyć miejsce, które reklamowało się jako jedyne tego typu muzeum w Europie. W odnowionej willi polskiego naukowca Juliana Ochorowicza trafiłem na obrazy Jakuba Różalskiego, które opowiadały alternatywną wersję wojny polsko-bolszewickiej z 1920 roku.  Jakub Różalski,  1920 - Guest from the west, źródło: https://jrozalski.com/ Bardzo mi się podobały te obrazy, miały   mocno ilustracyjny charakter, może nieco komiksowy, ale w tym najlepszym wydaniu. Dla mnie obrazy spełniały wszystkie kryteria sztuki, która może się podobać: za każdym z obrazów stał fenomenalny pomysł, na dodatek w mistrzowski sposób udało się artyście wydobyć z wyobraźni fantazmaty i przenieść je w kompozycje. Te obrazy mnie zaskoczyły, bo widać w nich było wpływ malarstwa Młodej Polski, pejzaże jak z miniatur Stanisławskiego, nieco skrótowe, lecz doskonale oddające klimat wiejski

Alfons i jego kobiety. Rzecz o twórczości Alfonsa Muchy.

Bywa i tak w historii, że te same rzeczy odkrywane są co jakiś czas. Na przykład idea   demokracji wynaleziona przez starożytnych Greków w ateńskiej polis, jako ustrój państwa, została zarzucona w historii na wiele wieków i ponownie odkryta w czasach nowożytnych. Podobnie było z wynalazkiem papieru, który został wynaleziony w Chinach przez kancelistę na dworze cesarza He Di z dynastii Han, około 105 r. n.e i ponownie odkryty w Europie po niemal 1000 lat. W pewnym sensie podobnie jest z twórczością Alfonsa Muchy. Ten genialny ilustrator, grafik, malarz i rzeźbiarz był sławą Paryża, Wiednia, Pragi na początku XX wieku. Jednak z czasem jego blask słabł, został pokryty kurzem zapomnienia i pewnie odszedłby w niepamięć, gdyby nie pewne wydarzenie. Alfons Mucha, Fate, 1920, olej na płótnie, 51,5 x 53,5 cm, Muzeum Alfonsa Muchy w Pradze, źródło: http://masterpieceart.net/alphonse-mucha  Na początku 1963 roku największe muzeum sztuki i rzemiosła artystycznego w Londynie czyli Muzeum Wiktorii i